---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Pierwszy i ostatni artykuł niniejszego numeru Głosu Uzdrowienia został przedrukowany z książki Edwarda R. Millera pod tytułem „Wołaj do mnie Argentyno”. Jest to tylko jej mała część. Całość książki to fascynujący opis jednego z największych duchowych przebudzeń w historii chrześcijańskiego kościoła, które rozpoczęło się w Argentynie w czasie rządów dyktatora Perona. W tej osobistej, z pierwszej ręki relacji możemy przeczytać o uzdrowieniu i zbawieniu, którego doświadczyły tysiące Argentyńczyków i Indian zamieszkujących ten kraj. Cała Argentyna była poruszona a media nie mogły nadążyć z opisem wszystkich cudów, które czynił Bóg. Sam prezydent Peron, uzdrowiony z egzemy wyniszczającej jego ciało, stał się przychylny głoszeniu Ewangelii kraju, który do tej pory nie znał Prawdziwego Boga.

Argentyna wołała i Wszechmogący usłyszał ten głos …

To żywe sprawozdanie odsłoni wiele Bożych tajemnic każdemu, kto gorliwie poszukuje Boga, Jego dróg i zasad działania. Przesłanie zawarte w tej książce da wyzwanie, głęboko zainspiruje i przekona, że „Bóg jest taki sam wczoraj, dziś i na zawsze, i nie ma względu na osobę”.


-----------------------------------------

Wypełnienie

„Gdy zbrojny mocarz strzeże swego zamku, bezpieczne jest mienie jego. Lecz, gdy mocniejszy od niego najdzie go i zwycięży, zabiera mu zbroję jego, na której polegał i rozdaje jego łupy."
(Łuk. 11, 21-22)

„Niemożliwe" - powiedzieli chórem członkowie komitetu ewangelizacyjnego. Tommy Hicks właśnie zaprezentował swój pomysł poproszenia o osobistą rozmowę argentyńskiego dyktatora, prezydenta Perona. Tommy, nieznany, nie proklamujący uzdrowień ewangelista ze Stanów Zjednoczonych, pragnął wykorzystać duży sportowy stadion oraz radio i prasę na ewangelizacyjno-uzdrowieńczą kampanię.

Do tej pory nie organizowano takich imprez. Nikt nawet nie rozważał możliwości starania się o przywilej skorzystania z tak dużego stadionu i to właśnie wydawało się absurdalne. Nawet, jeśli ktoś wyda pozwolenie to i tak nie ma tylu zainteresowanych służbą uzdrowienia pośród ewangelikalnych chrześcijan. Tommy chciał mieć: miejsce na spotkanie, które pomieściłoby 25 tysięcy ludzi, komitet uważał, że 250 osób stanowiłoby wystarczającą liczbę. Tommy powiedział, że nie rozpocznie, jeśli ten duży stadion nie zostanie wynajęty. Wcześniej ubiegano się o służbę dobrze znanego misyjnego ewangelisty, usługującego uzdrowieniem, ale przyjazd jego okazał się niemożliwy do zrealizowania. Wyglądało na to, że Tommy był tym właściwym mężczyzną. Z lekkim strachem, niepokojem, kontynuowano rozważania. Wnioski komitetu wyglądały słusznie z ludzkiego punktu widzenia. Do tego czasu ewangelizacyjna praca miała ograniczony zasięg. W większości kościołów przemiany były porównywalnie małe, uzdrowienia dałoby się policzyć. Kto mógł wyobrazić sobie, że Bóg będzie poruszał się na taką skalę, skoro do tej pory tego nie czynił! W tych okolicznościach nawet wiara Tommy Hicks'a zdawała się nie wystarczać. Tommy, mimo wszystko przewidywał wielkie dzieła B. Jeśli chodzi o uzyskanie pozwolenia na wykorzystanie pi i radia, to wydawało się śmieszne już samo tylko rozważanie tego pomysłu. Podczas dyktatury, wszystkie religijne działania ściśle kontrolowano. Wszystkie plany spotkań musiały być sprawdzone. Wydawano spec1alne pozwolenia na wielkie zgromadzenia. W rządowych papierach przechowywano dokładne nagrania spotkań. Prośba Tommy'ego zdawała się być niewykonalna. Nigdy wcześniej nie zorganizowano tak dużej kampanii. Obecnie, zewnętrzne warunki nie wskazywały na możliwość pojawienia się jakiegokolwiek cudu. Tommy nalegał jednak, aby odwiedzić prezydenta.

Prowincjonalny gubernator opowiedział nam całą historię osobiście, więc dzielimy się nią z wami. Kiedy powiedzieliśmy Tommy'emu o braku możliwości i potrzeby przeprowadzenia rozmowy z prezydentem, poszedł do swojego pokoju modlić się. Wiedział, że Bóg wysłał go do Argentyny i że Bóg jest większy od każdego dyktatora czy rządu, więc mimo wszystko zdecydował się odwiedzić prezydenta. Peron nie tak dawno odrzucił wizytę wysokiego zagranicznego urzędnika rządowego. Jak więc mógł nieznany kaznodzieja uzyskać kiedykolwiek audiencję u Perona? Ale Tommy Hicks ufał swojemu Bogu Wchodząc do Różowego Domu (Casa Rosada), gdzie pracowali rządowi urzędnicy, zbliżył się do drzwi. Uzbrojony strażnik, który był portierem, zatrzymał go, pytając szorstko:
- Kim pan jest? W jakiej sprawie?
Pastor Hicks dokładnie wyjaśnił mu, że chciałby zorganizować ewangelizacyjno - uzdrowieńczą kampanię. Im więcej wyjaśniał, tym bardziej zainteresowany zdawał się być ów strażnik. W końcu spytał:
- Czy chcesz powiedzieć, że Bóg może uzdrowić?
- Tak, On może i On chce - podkreślił Tommy.
- W takim razie - powiedział strażnik - czy Bóg może mnie uzdrowić?
- Daj mi swoją rękę - odpowiedział ewangelista i właśnie tam modlił się za niego z wiarą.
Moc Boża dotknęła ciała tego strażnika i w jednej chwili jego ból i choroba ustąpiły. Odczuwając tę moc, mężczyzna był bardzo zdziwiony. W wielkim zdumieniu powiedział:
- Dlaczego to wszystko ustąpiło, cały ból odszedł?
- Oczywiście, to odeszło - wyjaśnił Tommy - Bóg uzdrowił cię.
- Przyjdź tutaj jutro, a ja załatwię ci wizytę u prezydenta - powiedział strażnik.
Następnego dnia, kiedy tu wrócił, ten sam strażnik powitał go bardzo serdecznie, potem zaprowadził do wielkich drzwi prywatnego biura prezydenta Argentyny. Prezydent serdecznie przywitał Tommy'ego i jego tłumacza, wskazał im miejsca do siedzenia i spytał o powód wizyty. Pastor Hicks dokładnie wyjaśnił pragnienie, które Bóg włożył do jego serca - zorganizowanie ewangelizacyjno-uzdrowieńczej kampanii, na dużym stadionie z radiem i prasą, obejmującej całe miasto. Prezydent słuchał i głęboko wszystko rozważał. Był zdumiony, słysząc po raz pierwszy o mocy Boga, który uzdrawia i zbawia, a Tommy pełen wiary zwiastował tego dnia Dobrą Nowinę.

W tym czasie prezydent cierpiał na bardzo uporczywą egzemę, chorobę zniekształcającą skórę, której do tej pory żaden lekarz nie mógł wyleczyć. Jego stan mocno pogarszał się i stawało się to widoczne, dlatego prezydent nie pozwalał się fotografować. Jego choroba była powszechnie znana. Słuchając opowiadania o Jezusie - Synu Boga, który sam uzdrawia przez wiarę i modlitwę - prezydent zapytał:
- Czy Bóg może mnie uzdrowić?
Pastor Hicks odpowiedział:
- Niech mi pan poda swoją rękę.
Trzymając go za rękę, modlił się z wiarą za Perona, dyktatora Argentyny. Moc Boża przepłynęła przez ciało prezydenta. Bóg momentalnie uczynił cud łaski i miłosierdzia. W obecności wszystkich, skóra prezydenta Perona stała się tak czysta jak u dziecka, został całkowicie uzdrowiony. Bardzo zdumiony, ocierał swoimi rękoma twarz i wykrzykiwał z niedowierzaniem: „Dios mio, estoy curado!" (Boże, jestem uzdrowiony). On rzeczywiście został uzdrowiony, ta egzema całkowicie zniknęła. Imię Jezusa zwyciężyło.
Otwierając szeroko swoje ramiona w charakterystycznym geście, dał Tommy'emu wszystko, czego pragnął - wolność dla prasy i radia oraz swobodę w zorganizowaniu dużego spotkania. Prezydent uczynił to, co niemożliwe - możliwym, bo odczuwał wdzięczność za uzdrowienie. W jego duszy wzbudzony został strach poprzez dotyk Bożej ręki, w obecności pełnego mocy Boga. Okratowane drzwi zostały otwarte i Bóg dał wyjście tam, gdzie nie było drogi. W jednej chwili Bóg uczynił to, co dla człowieka było niemożliwe.

Stadion „Atlantyk", z miejscami siedzącymi dla 25 tysięcy ludzi, został wynajęty. Bóg zaczął wyciągać Swoją dłoń, chociaż początkowo przychodziło mało ludzi. Wiadomość jednak rozeszła się błyskawicznie: Bóg zaczął uzdrawiać. Wkrótce coraz większy tłum ludzi przychodził, aby zobaczyć i usłyszeć o tym cudownym działaniu Boga, na które został zaproszony. Służba porządkowa pracowała na dwunastogodzinnych zmianach. Często miejsca siedzące na stadionie, zakryte dachem były zajęte już na kilka godzin przed zaplanowanym rozpoczęciem spotkania. Z powodu wielu ludzi, którzy musieli pozostać na zewnątrz, zainstalowano głośniki. Główne przejście na środek stadionu szybko się zapełniło, więc tłum napierał na ogrodzenie, biegnące dookoła boiska. W końcu udało się ludziom przejść, wypełniając całe boisko. Nacierali też na drzwi stadionu, by dostać się do środka.
Pewnego wieczoru, pracownik nie mógł ustawić platformy z powodu napierającego tłumu. Kiedy pastor Hicks przybył, eskortowany przez rząd policjantów, tłum zaczął posuwać się w jego kierunku, pozostawiając tylko miejsce na ustawienie platformy.

Kiedy Bóg zaczął działać, niektórzy krzyczeli, inni klaskali, inni płakali, a inni posuwali się naprzód, aby dotknąć ewangelistę lub stanąć w jego cieniu, gdy przechodził. Kiedy pastor wygłosił (chociaż nie był wielkim mówcą) proste kazanie o Jezusie, Zbawicielu i Uzdrowicielu, zgromadzenie ludzi zareagowało: „My chcemy tego Jezusa jako swojego Zbawiciela i swojego Uzdrowiciela." Pastor Hicks zwrócił się do usługujących, stojących na platformie, mówiąc: „Czy widzicie tę piękną scenę? Argentyna potrzebuje Chrystusa. Czy wasze serca nie płoną?"
Po tym jak ewangelista pomodlił się z wiarą, zaapelował do wszystkich: „Uwolnij swoją wiarę, zrób to, czego nie mogłeś zrobić wcześniej." Wszędzie panowało poruszenie. Niepotrzebne kule podnoszono w górę. Niektórzy krzyczeli: „Ja widzę." Inni opuszczali swoje wózki inwalidzkie. Ludzie wyglądali na zdumionych i drżących, pełnych nadziei. Pewnego wieczoru ogłoszono, że spotkania zbliżają się do końca. Tłum ludzi stanął, machał chusteczkami i wiwatował przez piętnaście minut. „Niech spotkania trwają nadal!" „Niech Hicks pozostanie!" Brzmiało to jak huczące, niespokojne morze. Po krótkiej naradzie, zdecydowaliśmy się kontynuować kampanię. Ludzie spędzili noc na stadionie, aby zapewnić sobie lepsze miejsca na następne spotkanie, pomimo że zrobiło się chłodno.

Z powodu przypływu ludzi, wynajęto o wiele większy stadion „Huracan" - największy w kraju obiekt, przeznaczony dla 180 tysięcy osób. Nigdy nie był wypełniony po brzegi, żadne sportowe wydarzenie lub polityczny zjazd nie zapełnił go całkowicie. Wcześniej Anioł powiedział, że fale Bożego błogosławieństwa zostaną wylane na miejsca z ogromnym tłumem ludzi szukających Dobrej Nowiny dla siebie. Teraz, to spełniło się w sposób literalny. Bóg objawił się. Jego pełen mocy plan był realizowany. Bóg zamierzał przynieść Argentynie pełną ewangelię o Jezusie Chrystusie w taki sposób, że raz na zawsze poznano by, że Jego ręka nie jest za krótka, a Jego ucho przygłuche. Dobra Nowina miała wpływ na naród, dotarła do około 20 milionów ludzi.

Argentyna była silna, bogata i wpływowa, ale w tym samym czasie pyszna, bałwochwalcza, niegodziwa i pogańska. Bóg zamierzał przenieść Argentynę poza skostniałą religijną orbitę, ażeby mocno skupiła się wokół Jezusa Chrystusa. Moc Boża rozciągała się falami ponad ten obszerny tłum ludzi. Wieczór po wieczorze, uzdrowienia w imieniu Jezusa spływały na tysiące ludzi, którzy przyjmowali wiarę w Boga. Na stadionie miało miejsce tak dużo wspaniałych uzdrowień, że trudno byłoby o wszystkich opowiadać. Pełna liczba jest dokładnie zapisana w niebiańskim rejestrze.

Przez prasę i radio wiadomości rozchodziły się błyskawicznie na całą Argentynę. Czasopisma drukowały artykuły ze zdjęciami przedstawiającymi to, co Bóg czynił. Dzienniki drukowały sprawozdania ze spotkań i opisy Bożych cudów. Wszystkie dostępne kopie Biblii zostały sprzedane, 55 tysięcy egzemplarzy. Ludzie wołali o Biblie, prawie wyrywając je sobie z rąk. Pocztą lotniczą zamówiono większą liczbę Biblii. Obojętny cynizm przerodził się w nadzieję. Dumni Argentyńczycy stali się bardziej spontaniczni wobec Boga, niż niejeden charyzmatyk. Każdego wieczoru audytorium wiwatując i śpiewając, reagowało na Bożą moc, kiedy pastor Hicks usługiwał w uwalniającej radości. Potężny napływ ludzi miał miejsce cały czas - migracja podobna do wędrówki ludzi na zachód, poszukujących niegdyś złota. Ale to, co ludzie znaleźli tutaj, było o wiele cenniejsze niż złoto. Oni znaleźli źródło życia.

Wody uzdrowienia płynęły: moc Boża poruszała się pośród ludzi. A oni przybywali, korzystając z autobusów, metra, samochodów ciężarowych, tramwajów, pociągów i innych dostępnych środków lokomocji. Gromadzili się w miejscu, gdzie Bóg napotykał ludzkie potrzeby. Przyjeżdżali z tak dalekich stron jak Boliwia, Chile, Brazylia, Urugwaj i z najbardziej odległych krańców Argentyny. Kiedy pytano kierowców: „Gdzie jest zorganizowana kampania ewangelizacyjna?" Odpowiedź była jedna: „Jeśli zobaczysz tłum idących ludzi, ty zrób to samo. Idź za nimi a oni zaprowadzą cię na stadion."

Pomiędzy blokami, tłum ludzi poruszał się w tym samym kierunku, robiąc straszny korek uliczny. Wewnątrz stadionu, jeśli ktoś próbował zapalić papierosa, inni zwracali mu uwagę, aby go wyrzucił. „Jak ty się zachowujesz? - mówili. - Tutaj Słowo Boga jest zwiastowane." Prezes Klubu Piłki Nożnej „Huracan" wyznał publicznie, że nigdy, w całym swoim życiu, nie widział takiego zgromadzenia ludzi. Obliczył, że musiało być około 180 tysięcy osób na stadionie. Gdziekolwiek ludzie spotykali się, poruszali tylko jeden temat. W domach i na ulicach komentowali i wymieniali argumenty za i przeciw kampanii ewangelizacyjnej na stadionie „Huracan." Pieśni śpiewano w publicznych środkach lokomocji. W jednym autobusie jakiś sceptyk próbował przekonywać innych, że cała ta sprawa to nic innego jak tylko mistyfikacja. Inny mężczyzna argumentował, że wszystko, co dzieje się na stadionie, jest prawdziwe, ponieważ Bóg uzdrowił jego żonę z paraliżu. Sceptyk wówczas nie przedstawił już żadnych argumentów. W jednej fabryce, kiedy rozmawiano na temat kampanii ewangelizacyjnej, niektórzy próbowali z tego żartować. Jakiś mężczyzna wstał, wezwał wszystkich do milczenia i opowiedział, jak podczas jednego z chrześcijańskich spotkań, jego córka, studentka została uzdrowiona. Miała jedną nogę krótszą od drugiej, a została uzdrowiona natychmiast, odrzuciła więc swoje ortopedyczne buty. Chromi chodzili, sparaliżowani byli uwalniani, ślepi widzieli, osoby na noszach odchodziły zdrowe. Pogotowie ratunkowe przywoziło chorych pacjentów i odjeżdżało puste. Życie i zdrowie płynęło jak rzeka, ponieważ Bóg nawiedził Argentynę.

Hotel, w którym pastor Hicks przebywał, wyglądał jak Oddział Przyjęć w wielkim szpitalu. Pogotowie ratunkowe przywoziło ludzi o każdej godzinie dnia i nocy. Korytarz był wypełniony potrzebującymi. Rekrutowano pracowników do pomocy tym, którzy przychodzili do hotelu.

Jednego wieczoru liczba ludzi tak wzrosła, że na stadionie zabrakło miejsc siedzących. Wypełnili zatem wszystkie drogi przejściowe, także te między ławkami. Ludzie wciąż przychodzili, wyglądając jak wielka, kłębiąca się fala, jak wielkie pole, gotowe, by stać się dojrzałym plonem.

Stadion został całkowicie wypełniony, nie było nawet żadnego miejsca stojącego. A oni wciąż przychodzili tak, że za domami wokół stadionu, w każdym kierunku gromadziło się wielkie ludzkie morze. Drzwi na stadion zamknięto na godzinę przed rozpoczęciem usługi. Posłanie dochodziło do pozostałych przez głośniki. Fala mocy uzdrowieńczej docierała tam także.

Angielska gazeta w Buenos Aires zdała sprawozdanie z jednego ze spotkań, podając liczbę ludzi na stadionie dochodzącą do 200 tysięcy. To przemówiło do setek, które nazajutrz czekały wczesnego ranka na otwarcie stadionu. Wkrótce potem, kiedy usługa rozpoczynała się, niemożliwością było podróżować nawet tramwajem czy autobusem w kierunku stadionu, ponieważ każdy chciał tam dotrzeć. Chociaż obszerny tłum zapełnił stadion, setki ludzi dookoła wejść roiły się na stopniach i blokowały wszystkie przejścia. Tommy Hicks stojąc sam, na dużej przestrzeni zielonej trawy, patrząc dookoła, widział tysiące twarzy, wszystkie wpatrzone w jego kierunku. Głosił, że Jezus Chrystus przyszedł objawić światu Boga. Tłum ludzi powiedział „Alleluja", klaskał w dłonie, śpiewał pieśni, podnosił ręce do Boga, stał, potem skłaniał głowy w modlitwie. Milczenie również robiło wrażenie.

Bóg nawiedził Argentynę w suwerenny sposób. On sprawił, że cały naród był świadomy Jego Imienia, Jego mocy i realności Jego Ewangelii. Ludzie nie mogli dłużej akceptować żądań zdegenerowanego duchowieństwa; podłe bożki nie mogły więcej panować nad umysłami ludzi, tak jak to czyniły do tej pory. Moc martwej religii została złamana; jej panowanie nad Argentyną zostało odsunięte na zawsze.

Kto byłby w stanie opisać wszystkie te dni? Kto potrafiłby zmierzyć tyle szczęścia i radości? Kto może opowiedzieć o wszystkich uwolnieniach od bólu, cierpienia, strachu i choroby? Bóg rozciągnął to wszystko hen daleko, wylewając potok Swojej Miłości. Pewne małe dziecko, od ponad trzech lat nie mogło chodzić bez ciężkich, stalowych podpór, coś złego było w budowie kości jednej nogi. Podczas modlitwy, matka wyrzuciła przez wiarę te podpory, a dziecko stanęło o własnych siłach. Kiedy zaczęło biegać na górę i na dół ludzie wiwatowali, płakali i krzyczeli. Wiara wzrosła w wielu sercach i cuda zaczęły dziać się spontanicznie pośród tłumu ludzi. Lekarz, który znał przypadek tego dziecka i obserwował ten cud, wszedł tam, gdzie stał Pastor Hicks. Chwytając go za kolana, zaczai krzyczeć: „Ja chcę takiego Chrystusa, chcę być zbawiony, chcę służyć takiemu Bogu, który uczynił cud dla tego małego dziecka."

Pewien dwudziestoletni młodzieniec został przywieziony na stadion na noszach. Był chory od urodzenia i nigdy nie chodził. Z powodu ogromnego tłumu i niemożliwości zbliżenia się do platformy, jeden strażnik zgłosił się dobrowolnie, aby pomóc niosącym nosze - torował drogę do przodu. Następnego wieczoru, pewna kobieta odszukała tego strażnika mówiąc: „Patrz, ten sam młody mężczyzna siedzi na stadionie". Młodzieniec zobaczył ich i pokiwał. Poprzedniego wieczoru niesiony na noszach - teraz był całkowicie zdrowy. Znany wydawca został uzdrowiony z hemoroidów, deformujących i powiększających się żylaków, reumatyzmu i słabego wzroku. Jego uzdrowienie zostało opisane w poważnym miesięczniku.

Policjant przyprowadził opętaną kobietę na platformę. Kiedy ewangelista krzyknął donośnym głosem: „Demonie wyjdź!" - strach ogarnął wszystkich, którzy to słyszeli. Policjant w postawie szacunku zdjął czapkę. Demon uciekł, a kobieta podniosła ręce i zaczęła uwielbiać Boga za otrzymaną wolność.

Ludzie z różnych kręgów przychodzili na te spotkania - kalecy, ślepi, chorzy, biedni, bogaci, starzy, matki, ojcowie i młodzież. Siostra wiceprezydenta Boliwii przyniosła swoje chore dziecko, aby zostało uzdrowione. Żona wiceprezydenta Argentyny organizowała w swoim domu spotkania modlitewne i studium biblijne. Jedna z najbogatszych kobiet w Argentynie przyszła do Pana. Prowincjonalny gubernator został uzdrowiony. Na Słowo Pana śmierć uciekała od setek ludzi, skazanych na nią jeńców trzymanych w niewoli. Matki otrzymywały znowu swoje dzieci zbawione i zdrowe. Inni byli całkowicie uwalniani od zmartwień i przygnębienia. Ojcowie wracali do pracy, aby przynosić chleb dla ukochanych domowników. Dom znowu stawał się domem. Realne i pewne zbawienie przyszło do wielu rodzin. Serca tysięcy ludzi odwróciły się od grzechów. Bogaci i biedni, wykształceni i niewykształceni, wysocy i niscy, gubernatorzy i żebracy razem spotkali Boga, w tych niesamowitych dniach.

Blisko dwa miesiące chwały na ziemi - od połowy kwietnia do połowy czerwca 1954 roku. Niebo pochyliło się nisko i pocałowało ziemię. Krew Jezusa obmywała grzeszników, wybielała i oczyszczała całkowicie. Ludzie z tradycyjnych kościołów otrzymywali chrzest Duchem Świętym.

Siła i wytrzymałość pastora Tommy Hicks'a skończyły się, więc Pan zwolnił go, aby wrócił do Stanów Zjednoczonych. Skromnie jedząc i śpiąc podczas tych cudownych dni, dźwigając ciężkie duchowe brzemię, nie mógł kontynuować pracy dłużej. Wielka konsternacja przyszła na tysiące ludzi, którym pastor ogłosił swoją decyzję zakończenia spotkań. Te tłumy, które zostały uzdrowione, zbawione i wypełnione Duchem Świętym tylko Bóg może policzyć. Pewien dziennikarz pragnął wydać ewangelizacyjne broszurki. Inni oferowali swoje pieniądze, aby wybudować stadion dla ewangelizacyjnych celów. Wykształceni ludzie pragnęli porzucić swoją karierę, aby poświęcić swoje życie służbie Bogu. Teraz ten ogromny tłum pozostał sam, pozornie bez pasterza. Wszystko skończyło się - wydawać się mogło - niespodziewanie. My jednak nie musieliśmy martwić się o Boży plan, ponieważ był to koniec tylko jednego, chwalebnego rozdziału w Bożej historycznej inwazji na Argentynę. Od tamtych dni, w innych miejscach i w odmienny sposób, Bóg dalej czynił cudowne rzeczy. Jest jeszcze wiele obietnic do wypełnienia, które przekazał nam Pan przez Anioła w City Bell. Usługujący rozpalali swoje słabo płonące pochodnie w tym ogniu przebudzenia. Hitherto, nieznany „mały ewangelista" miał wizję tego, co Bóg może dokonać, rozciągając Swoje działanie ponad służbę w kraju, dosięgając więcej niż tysięcy. Pewien młody mężczyzna, będący w kryzysie duchowym, został wezwany do głoszenia ewangelii i pozostawił swoją karierę sportową, by zostać kaznodzieją ewangelizacyjnym. Jego brat także widział Bożą chwałę. W jego sercu zapalił się ten sam ogień i entuzjastycznie zaczął zwiastować ewangelię. Boża ręka była nad nim. Młodzi duchowni i studenci Szkoły Biblijnej, widząc, co Bóg może uczynić, rozpoczęli z rozmachem służbę uzdrawiania. Zostały zainicjowane także inne prace. Kościoły zbierały nowych członków, powstawały nowe budynki. W kościele zostały utworzone dodatkowe służby. Nie mieliśmy wątpliwości, że kampania Hicks'a nie była drogą, na której człowiek mógłby zrobić cokolwiek; on jedynie mógł wszystko lepiej zorganizować. Boże drogi nie są naszymi, a także nasze myśli Bożymi. Możemy filozofować i dziwić się, ale Bóg prowadzi wszystko prawidłowo, aby wypełnić Swój plan. On działa pośród tych, którzy ośmielają się wierzyć Jemu i naśladują Go, dokądkolwiek pójdzie.

Dla Boga nie był to koniec. On nie zakończył jeszcze Swoich potężnych planów wobec Argentyny. Bóg nie wybrał Argentyny, aby przynieść tak cudowne rzeczy bez dalszego celu. Tutaj, w kraju zanurzonym w bałwochwalstwie, pogaństwie i nieczystości, Bóg przyniósł jedno z największych masowych działań Jego łaski, zapisanych kiedykolwiek w chrześcijańskiej historii. Jeszcze dziesięć lat później, nadal zbieraliśmy pozytywne owoce wylania Ducha Świętego.

Wielkie światło zaświeciło nad Argentyną. Każdego wieczoru ludzie stawali się świadomi Ewangelii. Wielkie bariery zostały pokonane. Dobra Nowina interesowała już szarego człowieka. Chrześcijanie nie byli dłużej pogardzaną „sektą diabła." Miliony kajdan niewoli zostało zerwanych z ludzkich umysłów i serc. Mocarz (Mat. 12, 28-29) Argentyny został związany, panujący w kraju duch pokonany przez moc Boga. Słowo Boże sięgało dalej, dalej i dalej.

Bóg zaczął wypełniać Swoje obietnice, poruszał się wszędzie: z argentyńskiego Chaco na północy aż do Patagonii, wielkiego terenu na południu. Jego ręka pracowała dzielnie, stała się sławna w mocy, rozbiła w kawałki wroga i zniszczyła go. Pan obnażył swoje święte ramię na oczach narodów.

Ostatni rozdział jeszcze nie jest napisany. Opowiadanie nie kończy się, nie wszystko zostało powiedziane. Nie mogło być zapisane, podobnie jak w Dziejach Apostolskich, ponieważ wszystko to wciąż trwa. Ogień został rozpalony, płomień rozprzestrzenia się nadal. W księdze Ezechiela (Ez. 21, 2-4) czytamy słowa: „Synu Człowieczy! Zwróć swoje oblicze ku południowi i zwiastuj iv stronę południa i prorokuj przeciw krainie leśnej... oto Ja zapalę w tobie ogień. On pożre iv tobie wszystkie drzewa świeże i wszystkie drzewa suche; płomień gorejący nie zgaśnie, lecz będę nim przypalone wszystkie twarze od południa do północy, l ujrzy wszelkie ciało, że Ja Pan go wznieciłem; on nie zgaśnie." Opowiadanie o „płonącym ogniu" musi być kontynuowane.

Przedrukowano za pozwoleniem wydawcy
tj wydawnictwa "Dabar".
Tytuł oryginału:
"Cry for me Argentina".

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Koszalin 17.11.2008

Wybaczcie, że dopiero teraz piszę do Was - Helena, lat 75.

Przebywając w sierpniu w Rabce poszłam na spotkanie o nazwie „Spotkanie z uzdrowieniem”.
Raczej mało wierzę w uzdrowienia, ale zaufałam i poszłam.
Po koncercie wyszłam wraz z innymi na środek amfiteatru, a grupa ludzi organizująca to spotkanie dochodząc do poszczególnych osób dotykała ich we wskazane bolące miejsca.
Ja poprosiłam o dotknięcie moich kolan, bo one najbardziej mi dokuczały.
Idąc do domu (kwatery) już zauważyłam zmianę, bo nie czułam ani bólu, ani gorąca w kolanach. Szłam dość lekko mimo nadwagi. W następnym dniu z stwierdziłam z niedowierzaniem, że nadal nie boli! Do dziś nogi w kolanach mam opuchnięte, ale w ogóle mnie nie bolą. Wcześniej miałam kolana do operacji. Zwyrodniałość jest daleko posunięta, ale już nic nie boli! …
Pozdrawiam …

 

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Na jedno z więziennych spotkań w Garbalinie został zaproszony młody chłopak. Był zadowolony z tego spotkania i zaczął uczęszczać na kolejne. Na jednym ze spotkań został ze mną i opowiedział mi Historię swojej choroby. Okazało się, ze jest poważnie chory na raka. Bardzo cierpiał a choroba dotknęła intymnych miejsc. Były to jądra; jedno zostało usunięte i choroba zaczęła przerzucać się na drugie jadro. Bardzo mocno cierpiał na nieustający ból w kręgosłupie, w brzuchu i miał nie przespane noce. Cały czas brał przeciw bólowe tabletki. Opowiedziałem mu, że Jezus jest dobrym lekarzem i przeczytałem jeden werset z Ew. Marka 16:18. Następnie położyłem na nim ręce i w imieniu Jezusa wygoniłem demona raka. Po modlitwie spytałem go, jak się czuje. Powiedział, że coś z niego wyszło i poczuł się bardzo dobrze jak nigdy dotąd. Wszystkie bóle zniknęły. Nie ma już potrzeby brać tabletek. Pojechał na prześwietlenie i lekarze stwierdzili, że choroba ustąpiła. Jest zdrowy i szczęśliwy.

pastor
Henryk Sierakowski
 

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Kolejna część książki zaprezentowanej na początki numeru. Świadectwo opowiadające taki rodzaj wydarzeń, o jaki modli się większa część odrodzonych chrześcijan tego kraju. Zapraszam;

Naprzeciw prostego stołu, na brudnym materacu leżał wychudzony młodzieniec umierający na gruźlicę. Straszny widok skóry rozciągniętej na wystających kościach. Był za słaby, aby usiąść czy obrócić się na tym materacu. Starsza indiańska kobieta - jego matka, ukucnęła przy jego boku i cierpliwie usuwała wydzielinę, która podczas męczącego kaszlu wydostawała się z jego płuc. Przez te wszystkie dni, chwiejąc się niebezpiecznie na krawędzi „doliny śmierci" przedstawiał sobą nieszczęśliwy obraz całkowitej desperacji.

Dookoła młodzieńca tłoczyło się sporo Indian: Tobas, Mocovy i Matacos, którzy przebyli sporą odległość przez bezludną, zakurzoną i gorącą pustynię Chaco do Pampa del Indio, aby uczestniczyć w majowej, wakacyjnej konferencji. Był 1956 rok. Kiedy misjonarz Clifford Long otworzył swoją Biblię, aby przeczytać po hiszpańsku z księgi Izajasza (53 rozdział), nieznaczny szmer powstał wśród Indian. Przeczytał więc ten sam urywek jeszcze raz: „Lecz On nasze choroby nosił, nasze cierpienia wziął na siebie... a Jego ranami jesteśmy uleczeni." Trochę głośniej dało się słyszeć słowo „amen". Powtarzając kolejny raz ten sam fragment z Pisma, usłyszeliśmy jeszcze głośniejszą reakcję: „Amen. Alleluja. Gloria a Dios. (Chwała Bogu)."

„Jaka dziwna - myślał misjonarz - reakcja ze strony Indian, którzy zawsze byli tak spokojni, tak stoiccy i tak mało spontaniczni." Postanowił więc kontynuować czytanie: „Lecz On nasze choroby nosił, nasze cierpienia wziął..." i za każdym razem reakcja ze strony Indian była coraz głośniejsza. Gdy czytał Pismo po raz siódmy, nagle Indianie przerwali mu, przekrzykując się nawzajem: „Bóg uzdrowił moją przepuklinę! Mój reumatyzm odszedł! Moje wole zniknęło!" „Boże, ja widzę, ja widzę!" - krzyczał inny. Pewien młodzieniec radując się, wykrzyczał: „Już nie jestem głuchy." Inna kobieta patrząc ze zdziwieniem na swoje ręce i ramiona, wołała: „Moja egzema zniknęła! Ona zniknęła!" Młodzieniec chory na gruźlicę, który leżał bez nadziei na brudnym materacu, gwałtownie wyprostował się jak rakieta podczas nagłego startu. Zaczął biegać dookoła z podniesionymi rękoma, krzycząc przeraźliwie: „Jestem zdrowy! Jestem zdrowy! Jestem zdrowy!" Bóg tchnął życie w ciało umierającego chłopca. Ten, który czuł się beznadziejnie będąc na granicy śmierci, momentalnie ożywił się przez moc zmartwychwstałego Chrystusa.

Podczas prostego czytania Pisma, Duch Pana - jak potężny wiatr - unosił się nad prostymi, przesądnymi, niepiśmiennymi Indianami z pustyni Chaco. Pan posłał Swoje Słowo i uzdrowił ludzi. Co to była za radość, kiedy Indianie badali siebie nawzajem i odkrywali doskonałe uzdrowienia. Wydawało się, że nikt nie został pominięty. Spośród sześćdziesięciu czterech Indian, którzy przybyli na spotkanie w jednej starej ciężarówce, wszyscy doznali uzdrowienia. Syn Sprawiedliwości pojawił się z uzdrowieniem w „Swoich Skrzydłach". Olśniewające światło chwały Pana pokryło ciemną powłokę ziemi i zatrzymało się hen daleko, w opustoszałej przestrzeni, rozległej pustyni Chaco.

Dużo wcześniej, misjonarz Clifford Long i jego żona Lois usługiwali Słowem Bożym wśród Indian, ale reakcja nastąpiła tylko w nieznacznym stopniu. To było niewdzięczne, osamotnione i pozbawione nagrody zadanie. Potem tak nagle, bez żadnych wcześniejszych zapowiedzi Bóg odwiedził Indian podczas tej majowej, wakacyjnej konferencji. To dziwne, suwerenne, jednakże pełne chwały nawiedzenie Ducha Świętego pośród Indian w Chaco stało się jeszcze jednym rozdziałem w wielkim argentyńskim przebudzeniu, odpowiedzią na niezliczone miesiące modlitwy, wypełnieniem obietnicy, otrzymanej przez modlących się studentów w City Bell w 1952 roku: „Ja odwiedzę Chaco".

Lata posuchy

Nie zawsze jednak wszystko działo się w ten sposób. Pierwszych siedem lat misjonarskiej służby w Chaco to dla rodziny Long czas posuchy, trudności, frustracji i nie zaspokojonych potrzeb. Spotkali się z wrogością wobec Ewangelii wśród argentyńskiej ludności. Nowy język okazał się trudny do opanowania. Wciąż brakowało finansów. Najgorsze ze wszystkiego było to, że ich cel - zdobywanie dusz dla Chrystusa i prowadzenie żywego kościoła - wydawał się niemożliwy do osiągnięcia. Pomimo intensywnej dystrybucji traktatów, osobistego świadczenia, modlitwy, służby uwielbienia, tylko niewielu wysłuchało przesłania, którym misjonarze pragnęli się dzielić. A jeszcze mniej przyjęło głoszone słowo i przyszło do Pana, by otrzymać zbawienie.

Pomimo tej beznadziejności kontynuowali modlitwę. W posłuszeństwie słowu Pana, kupili pustą parcelę przy ulicy French, w słabo zaludnionej części - Yilla San Martin, okolicy mającej złą opinię. Po sześciu miesiącach pracowitego oczyszczania terenu z ogromnej ilości kaktusów, z ostrymi toksycznymi kolcami i głębokimi korzeniami, braterstwo Long wybudowało małą

kaplicę z dachem pokrytym strzechą i z ceglaną podłogą. Okna i drzwi były zrobione ze starych drewnianych skrzyni po maszynach do szycia firmy Singer. Sąsiedzi spoglądali z ciekawością na ten nowy budynek, ale nie wykazywali żadnego zainteresowania uczęszczaniem do kościoła. Najbliższa rodzina stanowiła jedyną grupę osób mogących zaangażować się w służbę. Od czasu do czasu kilku Argentyńczyków – głównie kobiety - przychodziły, lecz później już nigdy nie wracały, ale dawały okazje, ludziom do uszczypliwych uwag typu: „Dobra Nowina jest religią kobiet. Tylko kobiet."

Stwierdzając, że praca pośród białych mieszkańców Chaco jest zupełnie nieefektywna, zwrócił się do indiańskich plemion w rezerwacie, które znacznie lepiej reagowały na głoszoną ewangelię. Chociaż tylko kilku mieszkańców zostało zbawionych, uzdrowionych i wypełnionych Duchem Świętym, to jednak indiański kościół szedł do przodu. Kiedy Indianie zaczęli odpowiadać na Dobra Nowinę, ludzie wymyślili nowe szydercze powiedzenie: „Dobra Nowina jest religią Indian. Indian i kobiet." Miejscowi kapłani obserwując Indian i wzrastający powoli kościół, opublikowali dekret zakazujący jakiejkolwiek innej grupie niż ich własnej usługiwać pośród Indian, Wyglądało na to, ze jedyne otwarte drzwi służby mogły zostać wkrótce zamknięte.

Jeszcze jedna próba

Dochodząc do wniosku, że bardziej elegancka kaplica mogłaby przyciągnąć ludzi, Long wybudował inny budynek z cegły, kamienia i żelazobetonu. Niezapłacony w części rachunek przygniatał coraz bardziej, podczas gdy rodowici Argentyńczycy nie przychodzili na spotkania. Zniechęcone przez ciągle porażki, przeszkody i wzrastające finansowe zobowiązania braterstwo Long z pełnym zatroskaniem zaczęło zastanawiać się, czy posty, modlitwy i mozolna praca nie były daremne przed Panem. W związku z ograniczonym dostępem do Indian, niemożliwe stało się nawet zorganizowanie małego zgromadzenia. Wiele razy mieli ochotę uciec z lej swojej „Sahary Chaco", ale Bóg trzymał ich mocno podczas wędrówki z jednej pustyni duchowej do następnej.

Czekając w Bożej obecności, pewnego dnia Clifford Long przypomniał sobie wizję, którą otrzymał, kiedy Duch Święty wiele lat wcześniej wypełnił go. Gdy uwielbiał i modlił się do Pana w nieznanych językach, zobaczył dolinę pokrytą obficie zieloną trawą, z tysiącami białych rąk wzniesionych w kierunku nieba. W drugim obrazie zobaczył grupę ciemnoskórych obcokrajowców - nagich, przepasanych tylko na biodrach - otaczających go i słuchających nauczania. Wspomnienie i odnowienie wizji podniesionych rąk i ciemnoskórych obcokrajowców zachęciło go do trwania w modlitwie.

W odpowiednim czasie zobaczył siebie otoczonego przez ciemnoskórych obcokrajowców, którzy słuchali uważnie jego nauczania. Gdzie były jednak te ręce podniesione w żyznej dolinie? I gdzie była sama dolina?

Ciemnoskórzy

Po chwalebnym zwycięstwie w Pampa del Indio misjonarze podróżowali po innych miastach w indiańskim rezerwacie, aby usługiwać jeszcze raz na podstawie wersetu z Izajasza (53 rozdział). Podczas słuchania Słowa i nauczania, czterdziestu dwóch Indian zostało natychmiast uzdrowionych, lak samo jak to działo się w Pampa del Indio. W indiańskich zgromadzeniach powstawały różne służby. Gdy wieści o uzdrowionych rozprzestrzeniały się, niezbawieni Indianie zaczęli przychodzić na zgromadzenia, które liczyły od pięciuset do sześciuset osób. Znaki i cuda następowały podczas czytania Słowa.

W Campo Winters, gdy po skończonej usłudze misjonarz spieszył się do domu, pewien mężczyzna przybiegł mówiąc: „Pastorze Long, umarła dwójka moich dzieci. Wierzę, że jeśli pomodlisz się za nie, one będą żyły." W odpowiedzi na słowo, które przyszło do jego serca od Pana, misjonarz powiedział: „Idź do domu, twoje dzieci żyją." Kiedy ten ojciec dotarł w końcu do domu, po kilku dniach podróży, zobaczył dwójkę swoich dzieci bawiących się szczęśliwie na podwórku, całkowicie uzdrowionych przez Bożą moc.

W innym czasie, wysoki Indianin przyszedł, mówiąc, że nie może pracować, ponieważ za każdym razem, kiedy próbuje coś robić, zaczyna się silnie trząść. W tym przypadku misjonarz zobaczył jak w telewizyjnym obrazie dwa woły będące razem w jednym jarzmie, gwałtownie rzucające głowami, słyszał też słowa: „Ciągnięty przez woła niezbyt dobrze oswojonego." Kiedy zapytał go, czy około piętnaście lat temu cierpiał z powodu wypadku związanego z jakimś wołem, mężczyzna najpierw wytrzeszczył oczy z zaskoczenia, a potem potrząsnął głową. Jego twarz rozjaśniła się, kiedy przypomniał sobie całe zdarzenie. W momencie, gdy misjonarz położył ręce na jego plecach, aby się modlić, Pan uzdrowił go natychmiast, czyniąc zdolnym do ponownej pracy, już bez żadnych trudności.

Od maja aż do sierpnia braterstwo Long prawie cały czas usługiwało Indianom. Kiedy ludzie usłyszeli, że Pan zbawia i uzdrawia Indian, jeszcze głośniej wołali: „Dobra Nowina jest religią Indian! Dobra Nowina jest religią Indian!" Biali ludzie natomiast nie okazywali zainteresowania chwalebnym przesłaniem o nowym życiu.

Białe ręce w zielonej dolinie

Misjonarz jeszcze bardziej zaczął szukać Pana, stwierdzając, że wszystkie jego wysiłki w zdobywaniu dusz, świadczeniu i rozdawaniu traktatów są daremne. Pewnego dnia, podczas modlitwy Duch Święty ożywił słowo dane Noemu zawarte w Księdze Rodzaju w 6 rozdziale: „Z wszelkich istot żyjących, z wszelkiego ciała wprowadzisz do arki po parze z każdego, aby z tobą zostały przy życiu." Noe nie chodził i nie szukał po całej ziemi, by znaleźć zwierzęta do arki. Bóg sam spowodował, że one tam weszły. Pan obiecał, że tak będzie również w jego służbie: „Ty nie będziesz musiał wychodzić i przyprowadzać ludzi, Ja przyprowadzę ich do ciebie." Long kontynuował więc szukanie Pana w poście i modlitwie.

Pewnego dnia, tak szybko jak przyszła powódź podczas dni Noego, tak spontanicznie przyszła powódź Bożego nawiedzenia na białych mieszkańców zielonej doliny.
- Czy mieszkają tutaj ewangeliczni misjonarze, którzy modlą się za chorych? - spytały dwie kobiety, które pojawiły się w drzwiach domu, pewnego zimnego, deszczowego, sierpniowego wieczoru. Młodsza z nich powiedziała misjonarzowi:
- Kilka miesięcy wcześniej, po wypadku rowerowym, kość w mojej nodze została nieodpowiednio nastawiona, więc od tego czasu ciągle odczuwam ból. Czy mógłby pastor modlić się, aby Pan zabrał ten ból?
Po uważnym przeczytaniu słowa: „Lecz On nasze choroby nosił, nasze cierpienia wziął na siebie... a Jego ranami jesteśmy uleczeni", pastor wyjaśnił biblijne nauczanie na temat uzdrowienia. Potem pomodlił się za nią. Ból zupełnie zniknął, ale dopiero wtedy, gdy wieczorem wyszła z domu. Bóg uzdrowił w Chaco pierwszą nieindiańską osobę z Argentyny.
Tydzień później ta sama młoda kobieta wróciła, mówiąc:
- Pastorze, ból odszedł, ale od czasu wypadku moja złamana noga jest krótsza niż druga. Nie mogę ubrać butów na wysokim obcasie, ponieważ kuleję tak bardzo, że zdarza mi się
upaść nagle na ulicy. Czy mógłbyś znowu pomodlić się za mnie?
Misjonarz modlił się za nią, obiecując:
- Kiedy włożysz swoje buty na wysokim obcasie, twoja noga wydłuży się i zaczniesz chodzić nie kulejąc.
Ta młoda kobieta odeszła, wierząc, że tak się stanie, jak powiedział pastor. Kilka dni później chodziła po ulicy bez żadnych przeszkód. Jej wysokie obcasy stukały po chodniku, a twarz promieniała nowym blaskiem: „Bóg mnie uzdrowił!" - wołała. Jej kielich radości był przepełniony. Dzieliła się swoim świadectwem z każdym, kto chciał słuchać, obiecując: „Jeśli pójdziesz do kościoła w Yilla San Martin, pastor pomodli się za ciebie i będziesz uzdrowiony."

Ludzie przychodzili początkowo pojedynczo, potem dwójkami i w małych grupach. „Czy możesz nas uzdrowić?" - pytali pastora. (Ci ludzie przyzwyczaili się przez lata do praktyk „curanderos" czarowników i różnego rodzaju spirytystycznych uzdrowicieli, i wywnioskowali, że lekarz z Yilla San Martin jest właśnie tego typu uzdrowicielem.) Misjonarz odpowiadał każdemu to samo: „Nie jestem uzdrowicielem, nie potrafię nikogo wyleczyć. Uzdrowienie przychodzi jedynie od Boga. Ja mogę tylko modlić się za chorych i nauczać o tym, co Biblia obiecuje w związku z uzdrowieniem. Tylko Bóg jest tym, który przywraca zdrowie."

Nauczając ich o Bożych obietnicach - zbawieniu dla duszy i uzdrowieniu dla ciała, Long dokładnie wyjaśniał im Pismo. Podczas słuchania Słowa Bożego ludzie uznawali siebie za grzeszników i przyjmowali Chrystusa jako swojego Zbawiciela. Poprzez prostą wiarę otrzymywali uzdrowienie. Potem wychodzili, aby dzielić się cudowną wieścią z innymi. „Jest ktoś w Yilla San Martin, kto może cię uzdrowić. Idź i poproś o modlitwę." Miejscowa ludność, wierząc w świadectwo innych, zaczęła przychodzić na spotkania. Coraz więcej osób przybywało, aż wkrótce każdy pokój i miejsce tuż obok drzwi kościoła były wypełnione tymi, którzy czekali na swoją kolej, aby usłyszeć Słowo i otrzymać modlitwę. Przez wszystkie godziny dnia i nocy ludzie napływali, czyniąc prawie niemożliwym znalezienie czasu na jedzenie i spanie.

Wkrótce misjonarze nie wiedzieli, co zrobić, aby zatroszczyć się o taką liczbę zainteresowanych Słowem Bożym i uzdrowieniem. Niemożliwością stało się usługiwanie im wszystkim pojedynczo - było ich po prostu zbyt wielu. Misjonarze rozwiązali ten problem ogłaszając dwie sesje w ciągu dnia: jedną -rano o dziesiątej i drugą - po południu o czwartej oraz główne zgromadzenie dla wszystkich każdego wieczoru, poza poniedziałkiem - dniem odpoczynku dla pastorów.

Nowy plan trzech spotkań dziennie okazał się wielką ulgą dla misjonarzy, zmuszonych koniecznością usługiwania ludziom przez cały dzień aż do nocy. Wciąż przybywali nowi ludzie. Wyglądało to jak nieustannie trwający przypływ. Yilla San Martin stało się dla wszystkich drzwiami nadziei - Niebiański Ojciec przyciągał ich do Swojego domu i oni przychodzili setkami. Nadzieja otrzymania pomocy pokonywała wszystkie religijne przesądy, obojętność i bariery. Kiedy ostatni nocny pociąg wjeżdżał, prawie wszyscy ludzie kierowali się do domu po modlitwę. Kiedyś ludzie pojawili się nawet rano przed świtem. Wczesnym rankiem, obudzeni przez hałas na ulicy misjonarze zobaczyli trzysta osób czekających na modlitwę. Nie trzeba było wychodzić na zewnątrz, na ulicę, aby zaprosić ich do wejścia. Przyciągały ich niewidzialne siły i przychodzili jak do swojej własności, aby odnaleźć drogę zbawienia i uzdrowienia. Bóg przyprowadzał ich, właśnie tak jak obiecał. Nie było potrzeby reklamować się czy ogłaszać ewangelizacyjnej kampanii, ponieważ wkrótce było tak dużo ludzi uczęszczających na spotkania, że nie mieścili się już w całej ceglanej kaplicy. Spotkania zostały przeniesione na wolne powietrze. Wieczorem trzeba było przynieść ławki, krzesła, platformy i głośniki. Uczęszczanie na tak długie spotkania, które trwały od wczesnych godzin popołudniowych aż do późnej nocy było niezwykłym przeżyciem dla pięciuset czy sześciuset osób. Wielu przychodziło wcześniej ze swoim pożywieniem i czekało cierpliwie na rozpoczęcie usługi. Czasami nawet dziesięć autobusów czekało na ludzi, aby ich zabrać do domu po nabożeństwie. W weekendy dodatkowo pięć autobusów przyjeżdżało z odległych miejscowości.

Czas świadectw często trwał godzinę lub dwie. Każda osoba podawała swoje nazwisko i adres, tak by inni mogli ich odwiedzić i zweryfikować uzdrowienie. Wielu zostało uzdrowionych, podczas gdy siedzieli na nabożeństwie i słuchali Słowa. Inni byli uzdrawiani już w drodze do kościoła, a jeszcze inni, gdy stali na zewnątrz budynku obserwując wszystko z daleka.

Kiedy zbyt dużo ludzi potrzebowało indywidualnych modlitw, misjonarze tworzyli grupy z osób, które cierpiały na jedną konkretną chorobę i wtedy modlili się za grupę ślepych, następnie za grupę głuchych, za grupę chorych na raka itd... Rozdano numery i ustalono kolejność przychodzenia na modlitwę, więc niektórzy musieli czekać trzy miesiące na swoją kolej. W międzyczasie chodzili oni na wszystkie spotkania, uczyli się coraz więcej Słowa Bożego, Jego dróg i przykazań. Ludzie przyjeżdżali wszystkimi dostępnymi środkami lokomocji: samochodami i ciężarówkami, autobusami, wozami i rowerami, niektórzy nawet przyjeżdżali ręcznie napędzanymi wózkami. Często przechodzili wiele przeszkód podążając przez zakurzone i zabłocone drogi, aby uczestniczyć w spotkaniach przy gorącej, dusznej, tropikalnej pogodzie. Pewna kobieta podróżowała najpierw konno, następnie wozem, starym autobusem i w końcu pociągiem, ażeby dostać się na spotkanie modlitewne. W ciągu ośmiu miesięcy ponad cztery tysiące ludzi poznało Pana jako swojego Zbawiciela. Nazwiska i adresy tych, którzy przyszli, wypełniły kilka ksiąg.

Wiele razy proszono misjonarza, aby towarzyszył w wyprawie do innego miasta, aby modlić się za kogoś ukochanego. Wówczas na podstawie Słowa Bożego często odpowiadał: „Idź w drogę, syn... córka... matka... ojciec żyje." Wielu było uzdrowionych w ten sposób. Ci, którzy wierzyli, zastawali swoich ukochanych zdrowych, gdy wracali do swoich domów. Kiedy pewna osoba została uleczona, wieści rozeszły się tak szybko, że wkrótce ludzie z wielu innych miast przyjeżdżali na modlitwę. Poprzez świadectwo tej młodej kobiety, której złamana noga zrosła się, cała rodzina przyszła do Pana. Jeden mężczyzna z tej rodziny został później pastorem.

Spotkania odbywały się w czternastu różnych miastach. Często więcej ludzi uczęszczało na spotkania, niż miasto liczyło mieszkańców. Zostały otwarte nowe kościoły. Nowo nawróceni zwiększali frekwencję już istniejących kościołów.

Zdarzało się, że lokalne publikacje zamieszczały ostrzegające artykuły: „Czy uzdrowienia są prawdziwe, czy raczej wynikają z uprawiania czarów?" Jednak zamiast odstraszać, służyły jako dobra reklama, po której coraz więcej nowych ludzi przychodziło do Yilla San Martin. Na początku także lekarze silnie sprzeciwiali się doniesieniom o uzdrowieniach, ale później kilku z nich zaczęło polecać, aby ich chorzy pacjenci udawali się do Yilla San Martin. Jeden lekarz śmiejąc się, powiedział: „Tam znajduje się filia mojego gabinetu."
Opozycji nawet udało się uwięzić misjonarza Long, oskarżając go o „nielegalne praktyki medyczne, czary i pobieranie opłat za leczenie." Władze wezwały wielu świadków na przesłuchanie, ale kiedy oskarżenia okazały się nieprawdziwe, zwolniono go po trzech dniach aresztu. Dokładnie w dniu kiedy opuścił więzienie, grupa trzystu osób przygotowywała marsz pod budynek rządowy, aby żądać jego uwolnienia.

Słuchać i rozumieć

Pastor odczuwał, jak ważne jest nie tylko słuchanie, ale i rozumienie Słowa Bożego przez ludzi. Nalegał więc, aby wszyscy słuchali uważnie Słowa, wiedząc, że „wiara jest ze słuchania Słowa Chrystusowego" (Rz.10,17). Gdy światło Boże przychodziło do ich ciemnych dusz, oni rozumieli i otrzymywali pomoc przez wiarę w żywego Boga i Jego wieczne Słowo.

Na jednym ze spotkań pastor zauważył, że pewna kobieta nie była skoncentrowana na głoszonym Słowie i jej myśli gdzieś wędrowały. Trzy razy ostrzegał ją, aby słuchała uważnie. Ostatecznie, kiedy pomodlił się, wszyscy zostali uzdrowieni oprócz tej jednej kobiety. Ona skarżyła się: „Pastorze, dlaczego ja nie zostałam uzdrowiona?" Przypomniał jej, że nie zwracała uwagi na „instrukcje" podane w Biblii. Jak więc mogła przyjąć uzdrowienie, jeśli nie słuchała i nie rozumiała Bożego Słowa? Kiedykolwiek przychodził ktoś, kto bardzo spieszył się, pastor radził tej osobie wyjść i przyjść ponownie wtedy, kiedy będzie miała wystarczająco dużo czasu, aby słuchać.

Na innej społeczności, kobieta z odległej prowincji nie mówiąca po hiszpańsku, nie zrozumiała przekazanych „instrukcji' dotyczących przyjęcia uzdrowienia. Kiedy później wyraziła swój smutek, że nie została uleczona, ktoś powtórzył te zasady w jej języku. Gdy pastor zapytał o przepuklinę, która jej doskwierała, odpowiedziała: „Już jej nie mam, zniknęła."

Innego dnia, dzwonek zabrzmiał i ta sama kobieta wbiegła, krzycząc w wielkim bólu: „Och, pastorze, pomódl się za mnie. Już nie mogę znieść tego bólu dłużej." Kiedy położył swoje ręce na jej głowie, aby modlić się, Bóg uzdrowił do końca jej przepuklinę i ból natychmiast zniknął.

W wieczór, w którym Bóg uzdrawiał defekty stóp, ludzie pozostawili mnóstwo starych butów, które wyrzucili, ponieważ dłużej już nie były im potrzebne. Inni, których Bóg uzdrowił, zostawiali w kościele na świadectwo laski, kule i klamry. Pewna kobieta, która czciła obrazy i różne bożki, po tym jak przyszła do Chrystusa, wyrzuciła je wszystkie do głębokiego dołu. Kiedy ktoś ją zganił, odpowiedziała: „Jeśli ja byłabym w głębokim dole, mogłabym wspiąć się sama. Ale te bożki... jak mogłyby mi pomóc lub odpowiedzieć na moje modlitwy, kiedy nie mają nawet mocy, aby wyjść z tego dołu, do którego je wrzuciłam?"
Pewna atrakcyjna kobieta, żona wpływowego biznesmena cierpiała od ponad dwudziestu jeden lat na okropne migrenowe bóle głowy. Obeszła z wielką nadzieją wiele miejsc, gdzie spodziewała się, że ktoś jej pomoże. Każdy kolejny uzdrowiciel miał swoją własną serię leków, ziół, rzeczy i zaleceń, które oferował klientom... zawsze oczywiście za opłatą stosowną do środków utrzymania klienta. Chociaż ta kobieta wydała ogromną sumę pieniędzy i pilnie przestrzegała wszystkich żądań tych magicznych lekarzy, nadal była ciężko chora. Musiała leżeć w łóżku przez trzy lub cztery dni, w zależności od tego, jak ostry ból głowy jej dokuczał. Cierpiała również na ciągle powtarzające się wymioty, co uniemożliwiało przyjmowanie pokarmów. Pomimo intensywnego leczenia, specjaliści nie potrafili stwierdzić, jaka jest przyczyna jej bólów głowy. Zmuszona do zaniechania wszystkich obowiązków domowych, a także opieki nad swoją małą córką, zupełnie straciła nadzieję, że ktokolwiek mógłby jej pomóc. Po bezowocnych latach poszukiwań i wyczerpania wszystkich środków nie była wcale bliżej rozwiązania swojego problemu. Na zaproszenie swojej przyjaciółki przybyła pewnego dnia do Villa San Martin, wzdychając w duchu: „Och, pewnie kolejny magiczny uzdrowiciel." Wchodząc do sali Dobrej Nowiny była zdziwiona brakiem skomplikowanych ołtarzy i wystroju, które widziała we wszystkich innych kaplicach magicznych uzdrowicieli. Kiedy pastor modlił się za nią, Bóg dotknął ją natychmiast. Uzdrowiona przez Tego, który przyszedł, aby człowiek mógł mieć wieczne życie, po raz pierwszy zaczęła iść drogą prowadzącą do pełnego zbawienia. Bóle głowy i wymioty nigdy nie wróciły.

Kiedy Argentyńczycy odkryli, że Bóg może uzdrowić choroby, ich wiara wzrosła, tak by uznać, że Jezus może także rozwiązać każdy inny kłopot: „Czy myślisz, że Bóg mógłby pomóc mi w tym problemie, czy w tej sytuacji?”

Można byłoby napisać plik raportów opisujących setki indywidualnych świadectw tych, którzy byli umarli, a znaleźli życie, którzy chorowali, a zostali uzdrowieni, tych bez nadziei, którzy odkryli nową nadzieję w Jezusie, zdesperowanych, którzy znaleźli pocieszenie, niedoszłych samobójców, których wiara w życie została odnowiona, rozbitych domów, które zostały na nowo połączone. Clifford i Lois Long widzieli nieszczęśliwych, pokaleczonych, zagubionych, torturowanych beznadzieją, którzy będą żyć aż do dnia, kiedy Bóg „otrze wszelką łzę z ich oczu." Na ich sercach wyrytych zostało wiele scen, które osobiście przeżyli dzięki delikatnej, wszechpotężnej interwencji Boga, sytuacji, które człowiek zaliczyłby do beznadziejnych i całkowicie niemożliwych do rozwiązania.

Widzieli między innymi:
Rozpromienioną twarz ślepego mężczyzny, który po modlitwie podszedł, aby dotknąć twarzy misjonarza i z wielką czcią powiedział: „Ja widzę". Zupełne zdziwienie młodej kobiety, która osiem lat wcześniej przeszła przez operację usunięcia macicy i obecnie uświadomiła sobie, że pełen mocy Bóg stworzył nowe organy w jej ciele, czyniąc ją znowu zdolną do urodzenia dziecka; Triumfującą chwałę w życiu nowo nawróconego ojca, który usunął klamry z nogi swojego syna, chorego do tej pory na paraliż dziecięcy, a teraz chodzącego przed całym zgromadzeniem; Zszokowaną twarz matki, gdy trzyletnia dziewczynka - która nigdy wcześniej nie chodziła - postawiła swoje pierwsze kroki na platformie, trzymając pastora za ręce; Całkowite zadowolenie, kiedy ta sama dziewczynka, teraz żywe świadectwo uzdrowieńczej mocy Bożej, chodziła z radością po ulicy w swoim rodzinnym mieście - mieście, w którym przez miesiące panował bezwzględny zakaz wstępu jakiegokolwiek misjonarza; Promieniującą radość starszego, ślepego mężczyzny, chorego także na reumatyzm, który otrzymał uzdrowienie, wtedy gdy siedział w kościele i uczestniczył w spotkaniach przez piętnaście dni, a który nawet nie prosił o indywidualną modlitwę; Wytrwałość mężczyzny, który bardzo pragnął uzdrowienia ze ślepoty i chociaż na początku nie było żadnej widocznej zmiany, jednak odniósł zupełne zwycięstwo, kiedy w ciemności zaczął widzieć kolor niebieski, potem żółty, potem czerwony, aż po kilku dniach całkowicie odzyskał wzrok; Młodą kobietę, umierającą na krwotok, którą utrzymywano przy życiu dzięki transfuzji krwi - a po modlitwie - wielką ulgę, kiedy do policzków i paznokci wrócił odpowiedni kolor i odpływ krwi został zatrzymany - cała jej rodzina przyszła wtedy do Pana; Umęczoną kobietę, zażywającą narkotyki, która nie mogła nawet stanąć przed Bożym światłem. W strachu krzyczała do pastora: „Ja nie mogę nawet stanąć przed światłem, które promieniuje od ciebie". Później - przeciwstawianie się, katusze, zanik ostrego bólu i zupełne zwycięstwo; Radosne uwolnienie z nałogu ojca jedenaściorga dzieci, który nigdy nie wiedział, co to znaczy być trzeźwym lub przynosić pieniądze na jedzenie i ubranie dla swojej rodziny. Po Bożej interwencji powiedział: „Teraz jestem prawdziwym ojcem i moja rodzina ma jedzenie, a moje dzieci są dobrze ubrane.”

Objawienie Bożej chwały, pojednanie i nowy początek w życiu małżeństwa, w którym zazdrosny mąż często zamykał swoją żonę w brudnym kanale, kiedy chciała sama wyjść z domu; Zwycięstwo w beznadziejnie zniekształconym ciele jedenastoletniego chłopca, który cierpiał od urodzenia, miał trochę ponad metr wzrostu, za dużą głowę opadającą do tyłu, nogi skręcone ku tyłowi i ręce skrzyżowane na klatce piersiowej. Bóg dotknął go i przywrócił jego ciało oraz głowę do normalnych rozmiarów i położenia; Kobietę cierpiącą na raka, nie mającą żadnych dostępnych środków uśmierzających ból, która pomiędzy krzykami powtarzała za pastorem: „Z pewnością... On nosił moje bóle; z pewnością On nosił moje choroby; i Jego ranami... jestem uzdrowiona." Wielką ulgę, kiedy mniej więcej po trzech minutach krzyk ustąpił i ta kobieta zasnęła uzdrowiona.

To był Pan

To był Pan. „Gdyż wejrzał ze Swojej świętej wysokości, Pan spojrzał z nieba na ziemię, aby wysłuchać jęku więźniów i uwolnić skazanych na śmierć." (Ps. 102, 20-21). To był On. To był Pan. Tryumfujący krzyż Jezusa Chrystusa, wywyższony nad Chaco był jak ogromny wir, który przyciągnął do siebie wszystkie ludzkie cierpienia i nieszczęścia. Gdy Duch Pana poruszał się pośród Argentyńczyków, tysiące białych rąk z bujnej, zielonej doliny podniosło się do góry najpierw w geście obrony, a potem w pełnym uwielbieniu. Zabobonni ciemni Indianie - nie garstka, nie tuzin, ale setki - słuchali, wierzyli i byli uzdrawiani podczas nauczania na podstawie Pisma.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------